Kuba to największa z wysp na Morzu Karaibskim i na pewno jedno z najpiękniejszych oraz najbardziej egzotycznych miejsc na ziemi. Wyspa liczy około 1200 kilometrów szerokości i od kilkudziesięciu do ponad stu kilometrów długości. Przeciętnemu Polakowi Kuba kojarzy się z tym, że stanowi jedno z ostatnich państw socjalistycznych świata kierowanych jeszcze do niedawna przez charyzmatycznego przywódcę Fidela Castro. Chyba każdy z nas słyszał o tym, że produktem eksportowym Kuby numer jeden są słynne kubańskie cygara. Z wyspą większości kojarzy się także znakomity kubański rum, wytwarzany z nie mniej słynnej trzciny cukrowej. Powszechnie wiadomo, że Kubańczycy to znakomici tancerze salsy i rumby, którzy mogą tańczyć dosłownie wszędzie i umiejętność tę chyba wyssali z mlekiem matki, podobnie jak na przykład Brazylijczycy umiejętność gry w piłkę nożną. Z tych, a także z wielu jeszcze innych powodów, postanowiłem odwiedzić tę niesamowitą wyspę.
Spacer piękną plażą
Nieuchronnie nadchodził zmierzch. Spacerowałem boso po sypkim, drobnym jak mąka piasku. Po chwili zanurzyłem stopy w morzu, woda była naprawdę ciepła. W ten sposób postanowiłem spędzić swój pierwszy wieczór na Kubie. Od godziny znajdowałem się na Półwyspie Varadero i spacerowałem po jednej z najpiękniejszych plaż świata. Czułem się szczęśliwy i bardzo radosny. Obserwowałem zachód słońca. Morze – jeszcze do niedawna turkusowe – stopniowo stawało się najpierw lekko fioletowe, a potem mocno granatowe. Wokół mnie panowała cisza, z wyjątkiem spokojnego szumu fal, które co chwilę przypływały na plażę, a po chwili wracały do morza. Plaża była pusta, tylko w dali widziałem jakąś zakochaną parę. Jednak najpiękniejsze zjawisko miało miejsce na niebie, na którym zachodziło słońce. Patrzyłem z zachwytem w tym kierunku, gdyż słońce powoli znikało za widnokręgiem morza. Cieszyłem się, że niebo w tym niesamowitym miejscu czarowało mnie całą swoją nieskończoną paletą barw – granatową, niebieską, fioletową, różową, żółtą i białą. Aż w końcu nastąpił zmierzch. To był najpiękniejszy zachód słońca, jaki kiedykolwiek widziałem.

Następnego dnia, jeszcze przed śniadaniem, ponownie wybrałem się nad morze. Musiałem wpierw przejść wydeptaną, szeroką ścieżką przez gąszcz egzotycznych drzew i krzewów, nad którymi królowały wysokie palmy. Obok mnie przebiegła mała jaszczurka o zielonobrązowej barwie. Tym razem chciałem również rozpocząć udany dzień nad morzem. Spora część plaży znajdowała się jeszcze w cieniu palm, ale słońce szybko wzbijało się coraz wyżej i wyżej po niebie. Morze zachwyciło mnie swoją wyrazistą błękitną barwą, która stopniowo przekształcała się w piękny turkusowy odcień. Piasek na plaży zdawał się mieć nieomalże biały kolor.
Wraz z wędrówką słońca po niebie i upływem poranka stawało się coraz bardziej gorąco. Kuba jest bardzo ciepłym krajem, gdzie średnia temperatura w ciągu dnia waha się – w zależności od miesiąca – od 25 do nawet ponad 30 stopni Celsjusza. Wszyscy odradzali mi podróż na tę wyspę o tej porze roku. To była druga połowa września, która to okres w tej części globu nazywany jest czasem huraganów. Na szczęście nie miałem okazji go przeżyć. Pogoda bardzo mi dopisała, gdyż przez większość mojego pobytu przypominała lato nad Morzem Śródziemnym – czytaj. Wprawdzie średnio co drugi dzień padał deszcz przez około jedną do dwóch godzin, ale zwykle miało to miejsce wieczorami i mi nie przeszkadzało.

Myślę, że z uwagi na niezwykłe piękne plaże i niesamowity widok morza na tym półwyspie, Varadero jest uważane za jedno z najciekawszych miejsc na Kubie i chętnie odwiedzanych przez turystów.
Samochody na Kubie
Około godz. 8.30 czasu kubańskiego opuściłem Półwysep Varadero, na którym znajduje się śliczna, piaszczysta plaża ciągnąca się przez około 20 kilometrów. Wyjechałem niewielkim autokarem kubańskiego, państwowego przewoźnika Transtur, który wprawdzie był produkcji chińskiej, ale miał klimatyzację. Podróż z Varadero do Hawany trwała około 2 godzin. Po drodze mijaliśmy Matanzas, które jest większym miastem prowincjonalnym, a następnie przez dłuższy czas jazdy mieliśmy po prawej stronie widok na przepiękne, błękitne morze. Droga miała po dwa pasy ruchu w każdą stronę, a w środku podwójną, żółtą linię ciągłą. Nieustannie mijaliśmy, wyprzedzaliśmy lub byliśmy wyprzedzani przez śliczne, kolorowe amerykańskie limuzyny klasy wyższej z lat pięćdziesiątych. Właśnie wyprzedził nas śliczny dwudrzwiowe coupé. Był to Buick Special o kolorze kremowo-bordowym w nienagannym stanie. Wydawało mi się, że cofnąłem się w czasie o nieomal 60 lat. Wynikało to z tego, że przed rewolucją kubańską w 1959r. wyspa ta w istocie stanowiła coś w rodzaju nieformalnej kolonii amerykańskiej, natomiast po objęciu władzy przez Fidela Castro i izolacji Kuby prze Zachód samochody te przez wiele lat były jedynymi pojazdami, które na niej pozostały. Według moich obserwacji na Kubie samochody te stanowiły ok 2/3 wszystkich pojazdów. Dopiero potem zaczęto sprowadzać pojazdy z byłego bloku socjalistycznego, które – według moich obserwacji – stanowiły nawet około 20 % samochodów na wyspie, a w szczególności Łady, Wołgi i polskie Maluchy, zwane tu pieszczotliwie el Polaquito (Mały Polak). Pozostała cześć to mniej lub bardziej współczesne pojazdy z lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, które od niedawna można było ściągać na Kubę.

Kilka słów o Hawanie
Pierwszy moje spojrzenie na Hawanę padło z Castillo De Los Tres Reyes del Morro (Forteca Trzech Króli), znajdującej się pod drugiej stronie Canal de Entrada (Kanału Wejścia). Widok był niesamowity, gdyż z tego punktu można było obserwować najpiękniejszą część miasta zwaną La Habana Vieja (Stara Hawana) szczycącą się zabytkami jeszcze z XVI wieku, którą odwiedziłem w następnej kolejności.

Na ulicach widać było tłumy ludzi różnorodnych ras, kręcących się w różne strony. Największą grupę Kubańczyków – bo około 2/3 – stanowili biali, potem około ¼ to mulaci, sporo też widocznych było przedstawicieli rasy czarnej, a także spotkać można było też i przedstawicieli rasy żółtej. Wśród tłumów na ulicach łatwo można był jednak rozróżnić obcokrajowców. Idąc z Plaza de San Francisco spotkałem po drodze grupę uczniów w wieku szkolnym, co można łatwo zauważyć na Kubie, gdyż zawsze są ubrani w naprawdę piękne mundurki szkolne. Dziewczynki noszą białe koszule z krótkim rękawkiem, bordowe spódnice na szelkach, czerwone chusty oraz białe podkolanówki, zaś chłopcy – zamiast spódnic i podkolanówek – bordowe krótkie spodenki i białe skarpety. Na ulicach oraz w barach i restauracjach wszędzie królowała muzyka i śpiew – wykonywane na żywo przez liczne zespoły i solistów. Obok mnie przeszła piękna czarnoskóra kobieta z gitarą, która na ulicy grała i śpiewała słynną „Hastasiempre” – piosenkę skomponowaną na cześć Ernesto Che Guevary po opuszczeniu przez niego Kuby. Piosenka – mimo ideologicznego tekstu – wpada w ucho i jest naprawdę ładna.

W stolicy Kuby po rewolucji wiele wspaniałych budynków niszczało przez lata z powodu braku pieniędzy. W ostatnim czasie jednak zaczęto je remontować, restaurować i nadawać im dawną świetność. Niesamowite wrażenie sprawiał już odnowiony tzw. Stary Rynek (Plaza Vieja), pierwotnie zaprojektowany w 1559r. Na przestronnym Plaza Vieja znajdowały się prześliczne budynki architektury kolonialnej, głównie z XVII, XVIII i XIX wieku. Prawie każdy z nich był w jasnym, radosnym kolorze i posiadał ozdobne arkady, okiennice, balkony i witraże oraz własną, niepowtarzalną historię. Plac ten to znany punkt licznych spotkań, imprez i fiest organizowanych przez Hawańczyków.

Za centralny punkt Hawany uważany jest jednak Park Centralny (Parque Central), w którego środkowym punkcie – nieopodal licznych palm, drzew, ławek i roślin – stoi pomnik JoseMarti – słynnego kubańskiego bohatera narodowego, poety i pisarza. Z Parku Centralnego bardzo dobrze widać przedrewolucyjna siedzibę kubańskiego rządu i prezydenta – Capitolio National przy Paseo de Marti, do złudzenia przypominający Kapitol w Waszyngtonie. W przeciwieństwie jednak do Kapitolu w stolicy amerykańskiej, specjalną atrakcją tu są stare amerykańskie samochody oraz tzw. Coco Taxi – rodzaj tutejszych śmiesznych dwuosobowych taksówek w kształcie kuli koloru żółtego, które poruszają się na trzech kołach.
Rozmowa ze starym Kubańczykiem
Innego bardzo upalnego dnia przechadzałem się uliczkami niewielkiego, kolonialnego miasteczka Trinidad, którego pełna nazwa brzmi Trinidad de Cuba, wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO ze względu na swoją niezwykle oryginalną strukturę architektoniczną. Miejscowość charakteryzuje się bowiem niską, długą i ciągłą zabudową domów, z których każdy ma inny, radosny, ale koniecznie jasny kolor oraz ulicami z kostki brukowej. W większości przypadków na tych niebieskich, seledynowych, piaskowych, czy też różowych domkach – sprawiających wrażenie jakby jednego bardzo długiego budynku przy każdej uliczce – położona była jasno czerwona dachówka.

Z uwagi na tak niską, bo jednopiętrową zabudowę, najwyższymi budowlami Trinidad była barokowa katedra w kolorze piaskowym z elementami bieli, dawny klasztor św. Franciszka oraz wieża rezydencji dawnego barona cukrowego Palacio Cantero, z której rozciąga się wspaniała panorama miasta.

Centralny punkt miasta to Plaza Mayor, gdzie spotkałem siedzącego na ozdobnej, białej ławeczce Pablo. Był to mężczyzna w podeszłym wieku trzymający w ustach grube cygaro i wypoczywający w cieniu drzewa. Wyglądał on na mocno styranego życiem. Na głowie miał słomkowy kapelusz, ubrany był w stary t-shirt i niebieskie spodnie. Zaczęliśmy gawędzić w języku hiszpańskim, najpierw na ogólne tematy, a potem zaczął on mówić o sobie. Opowiedział mi jak bardzo ciężko przez całe życie pracował na plantacji trzciny cukrowej, a teraz otrzymuje niską emeryturę i nie stać go nawet na buty. Rzeczywiście miał na sobie stare, rozwalające się adidasy. Podarowałem mu drobny – jak dla mnie – pieniążek, za który mógł on sobie kupić buty, które z punktu widzenia Europejczyka były naprawdę bardzo tanie.

Śladami rewolucjonisty
Ernesto Che Guevara to ktoś w rodzaju świeckiego świętego na Kubie. Jest on bowiem obecny dosłownie wszędzie: na murach, na ulicach, na koszulkach, na breloczkach, na magnezach i w pieśniach. Dosłownie gdziekolwiek człowiek nie spojrzał, tam na niego spoglądała jego podobizna. Nawet na słynnym Placu Rewolucji w Hawanie – udekorowanym wówczas specjalnie z okazji Pielgrzymki Papieża Franciszka – jego olbrzymi wizerunek na dużym budynku – spoglądał na mnie umieszczony pomiędzy wizerunkiem św. Piotra i znanym nam dobrze wizerunkiem Jezusa Chrystusa – Jezu ufam Tobie. Z tego względu postanowiłem odwiedzić miejscowość Santa Clara, w której odbyła się kluczowa bitwa Rewolucji Kubańskiej, zakończona 31 grudnia 1958r. Na miejscu tym zbudowano ogromne Mauzoleum Che Guevary. Przed wejściem głównym czuwała straż honorowa, a wokół budowli krążyło sporo żołnierzy. W środku – oprócz zwłok tego rewolucjonisty – znajdowało się muzeum poświęcone jego życiu, rewolucji kubańskiej i walce o socjalizm. Niestety nie można tam było robić zdjęć, a szkoda, gdyż broń, fotografie i niektóre inne eksponaty – mimo nadmiaru patetycznej ideologii – wydawały się interesujące.

Nad mauzoleum znajdował się ogromny pomnik poświęcony Che Guevarze i jego towarzyszom. Na samym szczycie pomnika wzniesiono prawie 10-metrowy monument, na którym stała realistyczna rzeźba obrazująca Ernesto Che Guevarę w okresie bitwy o Santa Clara. Rewolucjonista, ubrany w uniform wojskowy, na głowie miał charakterystyczny beret, zaś w prawej ręce trzymał karabin. Statua miała bardzo dynamiczny charakter, zaś postać ta patrzyła w kierunku Ameryki Południowej. Na monumencie umieszczono następujące słowa: Hasta la victoria siempre (Zawsze ku zwycięstwu).

Niniejszy artykuł jest pierwszym odcinkiem na temat tego pięknego kraju. W kolejnym zapraszam Cię na zupełnie inną część Kuby – tę w której brakuje wolności jak ludziom tlenu w wodzie. Kuba – egzotyczny raj w socjalistycznym piekle – przeczytaj koniecznie.
Jeżeli podoba Ci się idea niniejszego bloga to proszę o jego udostępnienie, polubienie lub skomentowanie – dzięki temu ma on szanse dotarcia do szerszego kręgu odbiorów, a być może wśród nich są osoby, które bardzo potrzebują zawartych w nim informacji. Polecam także zapisanie się na mojego Newslettera – wtedy nie umknie Ci żaden odcinek tego bloga, a także polubienie mnie na Facebook-u i Instagramie.
Copyright © 2019-2023 Rafael del Viaje